
Zaproszenie dla wiatru
Poznaj pierwszą przygodę młodej panny wiatr, która ma mnóstwo pomysłów, cięty język i dopiero zaczyna odkrywać, co naprawdę potrafi.
Niecodzienny gość na Święcie Latawców
Nie każdy wiatr uznałby ogłoszenie na wystawie sklepu z guzikami za osobiste zaproszenie. Marti nie miała najmniejszych wątpliwości.
W pewnym miasteczku szykuje się Święto Latawców. Dzieci wypatrują sprzyjającego wiatru, nie podejrzewając, że to on pierwszy wypatrzył ich zaproszenie — i potraktował je wyjątkowo osobiście.
To pierwsze spotkanie z Marti: ciekawską, błyskotliwą i odrobinę przemądrzałą panną wiatr. Kiedy próbuje zrobić wszystko po swojemu, nawet zwyczajny festyn potrafi zamienić się w przygodę, którą trudno przewidzieć.
Posłuchaj „Zaproszenia dla wiatru”
Usiądź wygodnie i posłuchaj pierwszej przygody Marti. A jeśli wolisz czytać, pełne opowiadanie znajdziesz poniżej.
Zostań na chwilę z Marti
Wygodny układ do czytania na komputerze, tablecie i telefonie. Otwórz albo zwiń tekst według uznania.
Przeczytaj opowiadanie „Zaproszenie dla wiatru”
Zaproszenie dla wiatru
Na wystawie sklepu z guzikami wisiała kartka, która wprawiła Marti w tak doskonały humor, że przez chwilę nie poruszyła ani jednym listkiem.
Było to dość niezwykłe.
Marti bowiem rzadko pozostawała w bezruchu. Nie widziała w nim żadnej szczególnej zalety, a już na pewno nie powodu do dumy.
Tymczasem na kartce napisano:
W piątek o godzinie 16.00 na placu przy fontannie odbędzie się Święto Latawców.
Obecność wiatru mile widziana!
— No proszę! — ucieszyła się Marti. — Wreszcie ktoś ma pojęcie o dobrych manierach!
Przeczytała ogłoszenie jeszcze raz.
— Chociaż mogli napisać „Droga Marti”. Ale nie będę się czepiać szczegółów.
Był dopiero wtorek.
Marti postanowiła oczywiście nie zaprzątać sobie głowy piątkowym wydarzeniem. Miała przecież cały świat do odwiedzenia.
Mimo to tego samego popołudnia wróciła pod sklep z guzikami.
A potem jeszcze raz, w środę.
W czwartek przyleciała sprawdzić, czy przypadkiem nie zmieniono godziny.
— Zwyczajna ostrożność — wyjaśniła samej sobie. — Nie wypada przecież spóźniać się na uroczystość, na którą zostało się osobiście zaproszonym.
W piątek, dokładnie o piętnastej pięćdziesiąt trzy, Marti pojawiła się nad placem przy fontannie.
Nie przyznałaby się do tego za nic w świecie, ale była trochę podekscytowana.
Plac wyglądał odświętnie.
Między drzewami rozwieszono kolorowe proporczyki. Przy fontannie ustawiono stolik z lemoniadą, a na ławkach siedziały dzieci trzymające najrozmaitsze latawce.
Były smoki, ptaki, motyle, wielka żółta gwiazda i coś, co przypominało skrzyżowanie krokodyla z parasolem.
Marti przyjrzała się temu ostatniemu z uznaniem.
— Odważna koncepcja — stwierdziła. — Nie każdy parasol zdecydowałby się na taką fryzurę.
Nad placem panowała jednak zupełna cisza.
Ani jeden proporczyk nie drgnął.
Ani jeden liść nie zaszeleścił.
Dzieci patrzyły na niebo z rosnącym rozczarowaniem.
— Nie ma wiatru — powiedział chłopiec w czerwonej czapce.
Marti uniosła brwi.
— Jak to nie ma?
— Może jeszcze przyjdzie — odezwała się kobieta stojąca przy stoliku z lemoniadą.
— Jeszcze przyjdzie? — oburzyła się Marti. — Jestem siedem minut przed czasem! Czy w tym mieście punktualność też jest problemem?
Oczywiście nikt jej nie odpowiedział.
Dla większości obecnych była jedynie przyjemnym, ciepłym powiewem, który właśnie przemknął między ławkami.
— O! — zawołał chłopiec. — Coś zawiało!
Marti wyprostowała się z zadowoleniem.
— Coś? Doprawdy, towarzystwo wyjątkowo oszczędne w komplementach.
O szesnastej kobieta przy stoliku klasnęła w dłonie.
— Kochani, zaczynamy! Kto pierwszy spróbuje wzbić swój latawiec?
Dzieci zerwały się z ławek.
Rozległ się tupot butów, śmiech i nawoływania.
Jeden latawiec poderwał się na chwilę, po czym opadł na trawę.
Drugi wykonał niewielki podskok.
Trzeci w ogóle odmówił współpracy.
Marti westchnęła.
— No dobrze. Widzę, że bez fachowca sobie nie poradzą.
Uniosła się nad fontanną, rozłożyła ręce i nabrała rozpędu.
W końcu zaproszono ją na wielkie święto. Nie zamierzała pojawiać się na nim jak jakiś nieśmiały podmuch, który przeprasza za każde poruszenie firanki.
Zawirowała raz.
Potem drugi.
I dmuchnęła z całych sił.
Wszystkie latawce poderwały się jednocześnie.
— HURRA! — krzyknęły dzieci.
— Proszę bardzo! — zawołała Marti.
Przez trzy wspaniałe sekundy wyglądało to imponująco.
Potem zrobiło się znacznie mniej imponująco.
Dwa latawce zderzyły się ze sobą. Trzeci zaplątał sznurkiem o latarnię. Żółta gwiazda zaczepiła o gałąź kasztanowca, a zielony krokodyloparasol wykonał w powietrzu trzy obroty i wylądował w fontannie.
Czerwona czapka chłopca uniosła się ponad głowami i spoczęła na kamiennym lwie.
Na placu zapanował chaos.
— Za mocno! — krzyknęła kobieta.
— Mój latawiec!
— Uważaj na sznurek!
— Kto widział moją czapkę?!
Marti zatrzymała się nad fontanną.
Złote włosy opadły jej na ramiona, a błękitna sukienka zakołysała się jeszcze przez chwilę.
— No pięknie — mruknęła. — Najpierw zapraszają wiatr, a potem są niezadowoleni, że wieje. Trzeba było zaprosić kamień.
Spojrzała na plątaninę sznurków.
— Chociaż przyznaję, że kamień narobiłby mniej zamieszania.
— To ty?
Marti odwróciła głowę.
Na skraju fontanny stała dziewczynka w zielonej sukience. Miała ciemne włosy związane w dwa warkocze i trzymała w dłoni pustą szpulkę po sznurku.
Patrzyła prosto na Marti.
Nie gdzieś obok.
Nie przez nią.
Właśnie na nią.
— Zależy, o co zamierzasz mnie oskarżyć — odparła ostrożnie Marti.
Dziewczynka zamrugała.
— Ty naprawdę jesteś wiatrem?
— A wyglądam na kogoś, kto przychodzi piechotą?
Dziewczynka uśmiechnęła się.
— Nigdy wcześniej nie widziałam wiatru.
— Cóż, ja też nie codziennie spotykam kogoś, kto potrafi mnie zobaczyć.
Przez chwilę obie przyglądały się sobie z zaciekawieniem.
— Jestem Iga — powiedziała dziewczynka.
— Marti.
— Ładne imię.
— Wiem.
Iga parsknęła śmiechem.
Marti uznała, że dziewczynka robi całkiem dobre pierwsze wrażenie.
— To twój latawiec? — zapytała, wskazując pustą szpulkę.
Iga pokiwała głową.
— Ten lis. Zrobiłam go z tatą.
Marti spojrzała w górę.
W gałęziach kasztanowca, wysoko ponad placem, tkwił papierowy lis o spiczastych uszach i ogromnym pomarańczowym ogonie.
Jedno skrzydło miał zagięte.
— Ładny — przyznała Marti. — Chociaż muszę powiedzieć, że lisy lepiej radzą sobie na ziemi.
— Chciałam, żeby chociaż ten jeden umiał latać.
Marti przyjrzała się jej uważniej.
Iga nie płakała. Nie narzekała. Po prostu patrzyła na swojego lisa, którego ogon smętnie zwisał między liśćmi.
— Mogę go zdjąć — oznajmiła Marti.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
Po czym dmuchnęła w stronę gałęzi.
Lis zatrzepotał gwałtownie.
Papier zatrzeszczał.
— Nie! — krzyknęła Iga. — Rozerwiesz go!
Marti natychmiast osłabiła podmuch.
Lis znieruchomiał.
Przez chwilę dziewczynka i mały wiatr milczały.
— To nie jest takie łatwe — powiedziała w końcu Iga.
Marti skrzyżowała ręce na piersi.
— Zauważyłam.
— Może trzeba delikatniej?
— Ja potrafię delikatnie.
— Wiem. Przed chwilą tak przyjemnie zawiałaś mi we włosy.
Marti spojrzała na nią zaskoczona.
Zwykle ludzie narzekali, kiedy poruszała im fryzury.
Ta dziewczynka właśnie powiedziała, że było jej przyjemnie.
— No cóż — odparła, starając się zabrzmieć obojętnie. — W końcu mam pewną praktykę.
Lis wisiał na gałęzi, zaczepiony sznurkiem o niewielki sęk.
Marti podleciała bliżej.
Mogła dmuchnąć mocniej i wyrwać latawiec z pułapki.
Ale wtedy papier prawdopodobnie by się podarł.
Mogła spróbować z drugiej strony.
Zrobiła to.
Sznurek zacisnął się jeszcze bardziej.
— Doskonale — mruknęła. — Bardzo współpracujące drzewo.
Obejrzała gałąź.
Potem lisa.
Potem cienki sznurek.
I nagle przyszło jej do głowy coś, czego nigdy wcześniej nie próbowała.
Zwykle, kiedy chciała gdzieś dmuchnąć, po prostu tam dmuchała.
A gdyby tak…
Nie jeden podmuch.
Dwa?
Jeden bardzo delikatny, podtrzymujący papierowego lisa od spodu.
A drugi, jeszcze słabszy, który uniósłby sznurek znad sęka.
Marti zmarszczyła brwi.
— To przecież bez sensu — powiedziała do siebie. — Nie mogę być jednocześnie z dwóch stron.
Zawahała się.
— Chociaż właściwie… kto powiedział, że nie mogę?
Spróbowała.
Początkowo nic z tego nie wyszło.
Liście zaszeleściły, lis zakołysał się, ale sznurek ani drgnął.
Marti spróbowała ponownie.
Tym razem zamiast zwiększać siłę, skupiła się na dwóch niewielkich ruchach powietrza.
Jeden z nich delikatnie uniósł papierowe skrzydło.
Drugi przesunął się wzdłuż sznurka.
Marti aż otworzyła usta ze zdumienia.
Udało się.
Nie rozumiała jeszcze, jak to zrobiła.
Ale czuła wyraźnie, że oba podmuchy należą do niej.
Sznurek zsunął się z sęka.
Papierowy lis zakołysał się, wyprostował skrzydła i powoli odpłynął od gałęzi.
— Iga! — zawołała Marti. — Łap sznurek!
Dziewczynka wyciągnęła ręce.
Sznurek opadł prosto w jej dłonie.
— Mam go!
Marti uśmiechnęła się szeroko.
— Oczywiście, że masz!
A potem spojrzała na własne dłonie, jakby spodziewała się znaleźć na nich jakieś wyjaśnienie.
Nic niezwykłego nie zobaczyła.
Tylko delikatne, niemal niewidoczne smużki powietrza, które jeszcze przed chwilą poruszały się niezależnie od siebie.
— Ciekawe — szepnęła.
Bardzo ciekawe.
Na placu nadal trwało rozplątywanie latawców.
Kobieta od lemoniady odzyskała już żółtą gwiazdę. Chłopiec w czerwonej czapce próbował wspiąć się na kamiennego lwa, ale ostatecznie pomógł mu wysoki pan w okularach.
Krokodyloparasol suszył się na ławce.
Iga stała z papierowym lisem w dłoniach.
— Spróbujemy jeszcze raz? — zapytała.
Marti popatrzyła na latawiec.
— Proszę bardzo. Ale uprzedzam, że nie przewiduję kolejnych atrakcji z fontanną.
Iga roześmiała się i ruszyła przed siebie.
Lis podskoczył.
Marti skierowała ku niemu łagodny podmuch.
Latawiec uniósł się trochę wyżej.
Dziewczynka pobiegła dalej.
Pomarańczowy ogon zatrzepotał, papierowe uszy wyprostowały się i po chwili lis szybował już wysoko ponad placem.
— Leciiii! — krzyknęła Iga.
Inne dzieci podniosły głowy.
— Patrzcie! Lis lata!
— Spróbujmy jeszcze raz!
Jeden po drugim kolorowe latawce zaczęły wznosić się nad fontanną.
Nie wszystkie od razu.
Niektóre potrzebowały kilku prób, inne krótkiego biegu lub poprawienia sznurka.
Marti przemieszczała się między nimi, raz delikatnie unosząc jedno skrzydło, innym razem pomagając odzyskać równowagę.
Nie próbowała już poderwać wszystkich naraz.
Odkryła bowiem, że jest znacznie ciekawiej, kiedy każdy latawiec robi coś innego.
A jeszcze ciekawiej, kiedy potrafi się nad tym wszystkim zapanować.
— Proszę, proszę! — powiedziała do siebie z zadowoleniem. — Chyba jednak jestem wyjątkowo utalentowana.
W tej samej chwili niesforny podmuch wyrwał jej się spod kontroli i przewrócił papierowy kubek stojący na stoliku.
Marti westchnęła.
— No dobrze. Utalentowana z pewnymi zastrzeżeniami.
Kiedy słońce zaczęło chować się za dachami, dzieci zwinęły sznurki i zabrały swoje latawce do domów.
Plac stopniowo pustoszał.
Marti siedziała na brzegu fontanny, kołysząc bosymi stopami kilka centymetrów nad wodą.
Obok niej przysiadła Iga.
— Przyjdziesz jeszcze kiedyś? — zapytała.
Marti wzruszyła ramionami.
— Być może. Mam dość napięty plan podróży.
— Dokąd lecisz?
— Jeszcze nie zdecydowałam.
— To jaki masz plan?
Marti spojrzała na dziewczynkę z lekkim oburzeniem.
— Nie powiedziałam, że jest szczegółowy.
Iga znów się roześmiała.
Potem wyjęła z kieszeni mały, złożony kawałek papieru.
Coś na nim napisała i wsunęła pod kamień przy fontannie.
— To dla ciebie.
— Dla mnie?
— Tak. Żebyś nie musiała czekać do następnego Święta Latawców.
Dziewczynka pomachała jej ręką i pobiegła w stronę czekającego ojca.
Marti przez chwilę obserwowała, jak oboje oddalają się uliczką.
Potem zajrzała pod kamień.
Na kartce napisano:
Zapraszam Cię, kiedy tylko zechcesz.
Iga
Marti przeczytała wiadomość.
Później jeszcze raz.
— No — powiedziała w końcu. — Tak właśnie powinno wyglądać porządne zaproszenie.
Ujęła kartkę w wyjątkowo delikatny podmuch i umieściła ją bezpiecznie w szczelinie starego muru, pod szerokim parapetem.
A potem odleciała.
Tego wieczoru wracała jednak na plac jeszcze trzy razy.
Za pierwszym, żeby sprawdzić, czy kartka nie wypadła.
Za drugim, ponieważ wydało jej się, że ktoś uchylił okno nad sklepem z guzikami.
Za trzecim…
No cóż.
Za trzecim nie miała właściwie żadnego powodu.
— Nie rozumiem, po co ludzie tak bardzo przywiązują się do miejsc — mruknęła, krążąc wokół fontanny.
Po chwili poprawiła lekko wystający róg kartki.
Tak delikatnie, że nawet jej nie poruszyła.
I dopiero wtedy poleciała dalej.
O małym wietrze, wielkich pomysłach i uważności
„Zaproszenie dla wiatru” jest przede wszystkim pełną humoru historią o wyrazistej bohaterce, która uwielbia działać i nie zawsze przewiduje skutki własnego entuzjazmu. Marti nie traci swojej przekory nawet wtedy, gdy coś pójdzie nie po jej myśli.
Podczas wspólnego czytania można porozmawiać o tym, dlaczego pomoc nie zawsze polega na robieniu czegoś z całej siły oraz jak rozpoznać, czego naprawdę potrzebuje druga osoba. A jeśli dzieci zainteresują się przede wszystkim zabawną przygodą i latawcami — to też wystarczy. Nie każda historia potrzebuje dopowiedzianego morału.
Dokąd poleci Marti?
To dopiero początek jej historii. Kolejne opowieści będą pojawiać się na stronie całej serii.
To jeszcze nie ostatni podmuch…
Marti dopiero zaczyna poznawać świat. Wróć do jej serii, aby nie przegapić kolejnej przygody.
Marta Kubica · Ulotność Marti
